piątek, 28 września 2018

Zniszczona planeta

Rozjebaliśmy planetę i nie da się udawać, że nic się nie stało.
Nie jestem pewne, czy jest na Ziemi miejsce niezniszczone, ekosystem niezdegradowany, zakątek bez plastiku. Zresztą, nawet jakby było, to nieważne; zmieniliśmy klimat, zanieczyściliśmy powietrze. Klimat i atmosfera są wszędzie na powierzchni ziemi, więc i skutki naszych niszczycielskich działań są wszędzie.
Najinteligentniejszy gatunek zniszczył to, co mu potrzebne do życia. Popatrzmy, co zrobiliśmy.

Klimat

Najważniejsza sprawa.
Wiedzę o zmianach klimatu czerpiemy z obserwacji. Możemy zaobserwować zmiany mierząc temperaturę i stąd mamy dane z czasów istnienia termometrów. Do przeszłości zaglądamy dzięki narzędziom paleoklimatologicznym. O cyklach susz i opadów dowiadujemy się choćby ze słojów drzew, o temperaturze dzięki kopalnym roślinom, które potrzebowały określonych temperatur, używane są nawet rdzenie lodowe z Antarktydy sięgające 800 tys. lat wstecz. Na Suwalszczyźnie na głębokości kilkuset metrów pozostała wieczna zmarzlina po epoce lodowcowej. Historię klimatu możesz zobaczyć sobie tutaj: 20 000 lat klimatu na jednym (dłuuugim) obrazku – zobacz, jak naprawdę się zmieniał.
Wykres przedstawiający wzrost zawartości CO2 w atmosferze wygląda jak kij hokejowy. Gaz ten bierze się z eksploatacji kopalnych nośników energii, wypalania lasów, procesów gnilnych i torfu. Dlatego jego zawartość w atmosferze rośnie od rewolucji przemysłowej. Inne problematyczne gazy to CH4, N2O oraz fluorowodory. Gazy te pochłaniają i reemitują promieniowanie podczerwone. Zgodnie z przewidywaniami na skutek wzrostu stężenia CO2 w powietrzu powinna ocieplać się niższa warstwa atmosfery (troposfera), ale ochładzać wyższa (stratosfera). I to właśnie obserwują satelity i balony meteorologiczne.
Wiele już się wydarzyło. Średnie temperatury już wzrosły, lód i śnieg topnieją na coraz większych obszarach, poziom mórz już się podniósł. Od 1961 roku wzrastał on o 1,8 mm rocznie, a od 1993 już o około 3 mm. Objętość wody rośnie, a na dodatek przybywa jej z topniejących lodowców. Satelity mierzą, że w kosmos ucieka coraz mniej energii niesionej przez fale o długościach absorbowanych przez gazy cieplarniane. Właściwie, każdy wrażliwy na pogodę człowiek w średnim wieku powinien już zauważyć pewne różnice. 
Obserwowaliśmy katastrofalny brak wody w Chinach, suszę na argentyńskiej pampie, huragan Katrinę i pożary buszów w Australii. Ta ostatnia staje się coraz bardziej suchym kontynentem od stu lat. Tak twierdzą badania instytutu CISRO. Wysychają również amazońskie lasy, rośliny rosną tam coraz wolniej, te obumierające zaś uwalniają do atmosfery dodatkowy dwutlenek węgla. Ten zaś powoduje zakwaszenie oceanów, co jest szkodliwe dla żyjących w nich organizmów. Wreszcie, wzrasta intensywność huraganów. Coraz więcej jest wilgotnych, gorących dni letnich, gdy wzrasta liczba zgonów osób starszych i chorych.
Co będzie dalej?
Temperatura na pewno wzrośnie. Do końca tego stulecia o przynajmniej 1,1 stopnia Celsjusza. Maksymalnie o ponad 6 stopni. Na niektórych zamieszkanych obszarach życie nie będzie w takiej sytuacji możliwe. 4 stopnie to powrót do warunków sprzed 35 mln lat, gdy nie było żadnego z obecnie istniejących gatunków.
Podnoszący się poziom mórz jest zagrożeniem dla wielu obszarów przybrzeżnych; dla Wenecji, Malediw czy polskiego Pomorza, bo Żuławy a.d. 2100 będą pod wodą. Ba, nawet Cedynia z początkami naszej historii będzie w długiej Zatoce Szczecińskiej.
Wzrost temperatury wpłynie jednak nie tylko na poziom mórz. Pozwoli także rozprzestrzeniać się komarom malarycznym na obszarach dotychczas za zimnych. Ciepłolubne szkodniki i zarazki opanują nowe tereny, co zwiększy ryzyko epidemii i pandemii. Być może wyginiemy nie od nadmiaru ciepła a w wyniku pojawienia się nowej choroby.
Klęski nieurodzaju będą częstsze, bo zjawiska pogodowe staną się bardziej ekstremalne. Mniej żywności dla nas, społeczeństwa marnującego ją tonami, nie wydaje się ważne. W nas to jednak praktycznie nie uderzy. Żywności będzie mniej tam, gdzie już jest jej mało. My jednak jesteśmy w Polsce. Dla nas, dla północy Europy też, ocieplenie klimatu to pojawienie się szakala złocistego (jest już w Polsce) i korzystniejsze warunki dla rolnictwa. Dla regionu Morza Śródziemnego to susze. Zmienia się przecież geograficzny rozkład opadów. 

Pozostałe problemy

Żaden z nich nie jest tak ważny jak klimat, choć razem na pewno są równie ważne, co on. 
Ważna jest zatem ilość odpadów, jakie produkujemy, i surowców, jakie zużywamy. Ludzkość przecież musiała wymyślić butelkę potrzebną przez 10 minut, która rozkłada się w 1000 lat i kupować milion egzemplarzy na minutę. Problemów można by uniknąć wymyślając rozwiązania odpowiednie do sytuacji, niekoniecznie najtańsze. By jakoś uratować świat przed plastikiem pracuje się nad wykorzystaniem enzymów, którymi polietylen trawią gąsienice barciaka większego. To mogłoby pomóc zwalczyć problem. Podobnie Ideonella sakaiensis, bakteria, rozkłada politeraftalan etylenu tak, jak Fusarium solani, Aspergillus oryzae i inne. Ich enzymy rozłożą butelki PET. Jednak jest inna wyjście. Zamiast szukać rozwiązania, nie powodować kłopotów. Nie produkować tyle odpadów.
Odpady trzeba gdzieś składować. Malediwy mają do tego sztuczną wyspę. My nie mamy. A nawet sztuczna wyspa nie jest dobrym rozwiązaniem, gdyż odpady tam trafiające nie są sortowane. Na Thilafushi jest więc np. azbest. Według Bluepeace niebezpieczne substancje trafiają do wody. Stanowią poważne zagrożenie dla środowiska. Na dodatek na wyspie spala się śmieci. Normalnie, to otwarte spalanie. Wszystko idzie do środowiska.
Dość o Malediwach. Co dzieje się ze śmieciami u nas? Bywają spalane. Bywa też, że trafiają do lasu czy do wód. Odpadami zatruwają się zwierzęta myląc je z pożywieniem. Niebezpieczne substancje zatruwają organizmy roślin, zwierząt i pozostałych. W Wiśle, największej i, moim zdaniem, świętej polskiej rzece płyną związki zakazane w Polsce i wielu innych krajach. DDT tam płynie! Substancje te trafiają tam właśnie ze składowisk odpadów. Plastikowe butelki często nie trafiają do recyklingu, a są szkodliwe dla ponad 700 gatunków morskich zwierząt. 10% z nich myli plastik z pożywieniem. I zapewne dlatego 1/3 ryb sprzedawanych w Wielkiej Brytanii zawiera pozostałości tworzyw sztucznych. 

Zanieczyszczenie powietrza powoduje 50 tysięcy przedwczesnych zgonów rocznie. Świeże powietrze przez smog jest bezpośrednim zagrożeniem dla życia i zdrowia. Smog odpowiada za raka płuca w 25% przypadków, a przy szczególnie wysokim poziomie zanieczyszczenia pyłem ilość udarów mózgu wzrasta o 9%. Ilość zgonów – o 6%. Dzieci, młodzież, a nawet płody (anty-choice, coś dla was), rozwijają się umysłowo gorzej pod wpływem pyłów. Pył osiadając na roślinach ogranicza dostęp światła, przez co zmniejsza intensywność fotosyntezy.
Z wodą również są problemy. Mniej więcej do średniowiecza dominowało naturalne zanieczyszczenie wód. Do rzek i jezior trafiały substancje wypłukiwane ze skał i gleb, a także te związane z rozwojem i obumieraniem organizmów wodnych. Teraz dominują ścieki komunalne z detergentami i chorobotwórczymi organizmami oraz przemysłowe z solami metali ciężkich i związkami siarki i azotu. Do wód gruntowych odprowadzane są duże ilości bardzo silnie zasolonych wód kopalnianych.
Oceany są oczywiście przełowione, o czym wszyscy wiedzą. Ryb zabraknie. Inna sprawa związana z rybołówstwem to przyłów. Do sieci wpadają nie tylko te zwierzęta, które rybak chce wyciągnąć. Mogą to być jeszcze np. foki i morświny. Potrzebne są selektywne narzędzia połowowe ograniczające przyłów do minimum. Problemem jest również eutrofizacja, czyli przeżyźnienie. Do wody trafiają nawozy z azotem i fosforem. Masowo pojawiają się więc glony i sinice. Obumierające glony opadają na dno, a podczas ich rozkładu zużywany jest cały tlen w przydennych warstwach wody. Gdy brakuje tlenu, pojawiają się bakterie beztlenowe. Kontynuują rozkład glonów i produkują zabójczy siarkowodór. Tak powstają martwe strefy, gdzie nic innego nie może żyć bez tlenu, za to z siarkowodorem. To 14% Bałtyku. Konieczne jest stosowanie innych metod uprawy.
W oceanach jest tyle tworzyw sztucznych, że powinny one wyglądać jak gęsta zawiesina odłamków. Jak czytałom w Wiedzy i życiu (chyba lipiec 2017), nie da się wyjaśnić obecnego wyglądu oceanów bez założenia, że żyje w nich coś, co rozkłada plastik.

Obserwujemy kolejne wielkie wymieranie. To już szóste w historii Ziemi.
Po co nam właściwie różnorodność biologiczna, po co nam te wszystkie gatunki? Warto je zachować z wielu powodów. Pierwszy jest taki, że nie zdążyliśmy jeszcze poznać większości z nich. Nie wiemy, czy może jakieś zielsko nie zawiera substancji, która wyleczy AIDS czy Alzheimera. A może owoce jakiegoś nieznanego drzewa mają bardzo dobry skład, dostarczają dużo energii i witamin, są smaczne, a owo drzewo da się uprawiać na terenach, gdzie jest problem głodu?
Drugi jest bardziej skomplikowany. Ilość gatunków na planecie bezpośrednio przekłada się na różnorodność poszczególnych ekosystemów. Im bardziej różnorodny jest ekosystem, tym bardziej jest stabilny. Przykładem mogą być las złożony z wielu gatunków drzew i monokultura leśna. Jeśli w takiej monokulturze pojawi się szkodnik danego gatunku, to zabije on wszystkie drzewa. Jeśli znajdzie się w prawdziwym lesie z różnymi gatunkami drzew, to jego rozprzestrzenianie się będzie ograniczone przez odległość między osobnikami tego samego gatunku. Nawet jeśli zabije 50% drzew jednego rodzaju, powiedzmy świerków, to co się stanie? Właściwie nic. Reszta świerków będzie się rozmnażać, a zwierzęta korzystające ze świerków będą miały w pobliżu inne drzewa, mogące je zastąpić, póki świerki sobie nie poradzą. W przypadku monokultury, zwierzęta leśne zginą, bo zniknie las. Działania mające zachować różnorodność gatunkową są więc potrzebne nie tylko gatunkom zagrożonym, ale i wszystkim wokół nich. Kolejna różnorodność to różnorodność genetyczna, czyli obecność wielu alleli różnych genów w populacji. Niewielką różnorodność mają gatunki takie, jak żubry – prawie wytrzebione i odtworzone. Podobieństwo osobników powoduje, że populacja jest mniej odporna na choroby.
Spadek różnorodności powodowany jest przez niszczenie siedlisk oraz ich fragmentację, która powoduje, że przedstawiciele tego samego gatunku nie mogą się krzyżować, gdy rozdziela ich np. autostrada. Skutkiem fragmentacji jest też zmniejszenie terytoriów drapieżników. Również introdukcja nowych gatunków może zmniejszyć różnorodność, gdy nowy gatunek doprowadzi autochtoniczne do zagłady. Zupełnie inaczej działa reintrodukcja tj. umieszczenie osobników w ich naturalnym środowisku, w którym populacja była zbyt mała. Poprzedzone jest to restytucją, czyli rozmnożeniem w niewoli, by odtworzyć populację. W Polsce zrobiono tak z warzuchą polską.  
Jak pisze biocentryczna grupa Przyjaciele wilków w swojej ulotce, człowiek stał się najgroźniejszym drapieżnikiem w dziejach naszej planety. Korzystaliśmy z zasobów planety tak, jakby były tylko dla nas, jakby były niewyczerpane. W ten sposób zniszczyliśmy siedliska wielu zwierząt. Lasy zmieniły się w wielkie miasta i pola uprawne albo dostarczyły nam drewna i papieru, a potem zostawiono je samym sobie. 60% ekosystemów świata jest zdegradowanych. Ocieplenie klimatu jeszcze przyspieszy zmianę ekosystemów, które staną się zbyt ciepłe, zbyt mokre lub zbyt suche. Już teraz wiele gatunków przez to zmieniło geograficzny zakres występowania, czas rozmnażania się, migracje, kwitnięcie i inne takie cechy.  Zmiany klimatu tym razem są za szybkie, gatunki nie nadążają z przystosowaniem.

Trzeba wreszcie powiedzieć o wylesianiu
Lasy są potrzebne, bo drzewa produkują tlen, a ten ekosystem to miejsce życia wielu gatunków. Gatunki są potrzebne, jak pisałom wyżej. 
Tropikalne lasy deszczowe są wycinane i wypalane w tempie dotąd niespotykanym w historii ludzkości. Dżungle ustępują terenom rolniczym. Lasy deszczowe rosną przecież w dorzeczu rzek Amazonka i Kongo, w południowej Azji, Indonezji i na Filipinach. W Polsce czy Francji jak potrzeba więcej żywności, to mamy rolnictwo intensywne. Tam, ze względów ekonomicznych, jest rolnictwo ekstensywne. Więcej żywności można pozyskać mając więcej pola, a nie lepsze plony. Na niektórych terenach wciąż uprawia się rolnictwo żarowe, zbyt często wypalając lasy, by wyżywić rzesze ludności. Podobnie lasy tropikalne są wycinane pod pastwiska. Gdy idziecie co McDonald's czy innego fast foodu to jest duża szansa, że zjecie krowę, która pasła się na terenach dawnego lasu tropikalnego. Wołowina z Ameryki Środkowej trafia właśnie do fast foodów Ameryki Północnej i Europy.
Deforestację może zwiększyć także polityka rządów np. pod koniec lat 50. wybudowano autostradę Belem-Brasilia, która udostępniła Nizinę Amazońską osadnictwu. Rządy pozwalają także na większą komercyjną wycinkę w ciągu roku niż roczne możliwości odnowy lasu. Są z tego zyski.
Zagrożona jest również tajga. Wiecznie zielone drzewa iglaste stają się źródłem drewna. 
Wylesianie sprawia, że gleba łatwiej ulega erozji. Zmniejsza to jej żyzność. Zwiększa się za to sedymentacja w ciekach wodnych, co szkodzi ekosystemom w ich dolnym biegu. Przezroczystość wody się zmniejsza, a organizmy na dnie przykrywa muł, zaś ewentualne elektrownie wodne przez niego produkują mniej energii. Wreszcie, nadmierna erozja może być przyczyną lawin.
Lasy, zwłaszcza na wzniesieniach, chronią przed powodziami niżej położone tereny. Przechwytują i absorbują opady. Po wycięciu lasu zwiększa się spływ powierzchniowy do strumieni i rzek, a transpirujące drzewa nie oddają wówczas do atmosfery tyle wody. Bez tego mogą zamiast powodzi pojawić się susze. Podobnie może wzrosnąć temperatura, gdy drzewa nie będą absorbować ciepła.
Deforestacja zmniejsza różnorodność biologiczną i może prowadzić do powstawania pustyń na suchych terenach.

Postraszyłom was skutkami działalności człowieka. Powinnom może napisać coś pocieszającego.
Powinnom. Nie mam jednak nic do powiedzenia. Istnieje hipoteza, że powinniśmy pół planety przeznaczyć na rezerwaty, by natura mogła przetrwać. Wiadomo jednak, że tego nie zrobimy, nie opłaca się. Jak mam wierzyć inaczej, skoro ledwo wspomniany szakal złocisty zawitał do Polski, a już chcemy do niego strzelać? 
A jak nawet tak, to co? Wszystko, co się stało, się przecież nie odstanie. Klimat się nie ochłodzi w dzień czy dwa, Thilafushi nie zniknie, ludzie zabici przez smog nie ożyją. Zniszczyliśmy planetę i tyle.

~Kruk

Źródła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz