niedziela, 3 lutego 2019

Dokonam świętokradztwa

niewidzialna ręka rynku, święte prawo własności, historia, prawo rzymskie, świętokradztwo
Napiszę coś, czego nikt nie chce słyszeć.

Historia własności

W prawie rzymskim nie ma definicji własności i uprawnień właściciela; w ogóle Rzymianie niechętnie tworzyli takie definicje. Dopiero nauka prawa rzymskiego w XIX wieku uznała, że wg. Rzymian prawo własności było nieograniczone. Romanistyczna konstrukcja prawa własności wywodzi się z dziewiętnastowiecznej nauki niemieckiej i prawniczej ideologii tamtych czasów.  Prawo to było absolutne, wykluczające prawa wszystkich innych. Chciano widzieć u starożytnych egoizm i indywidualizm, to widziano.
Czy sami Rzymianie tak uznawali? Nie.
Dopiero w okresie późnoklasycznym pojawiły się podstawy do wykształcenia abstrakcyjnego prawa własności. Próby podania ogólnej definicji prawa własności podjęli średniowieczni glosatorzy i komentatorzy.
U Rzymian podlegało najróżnorodniejszym ograniczeniom ze względu na użyteczność publiczną. Cyceron porównuje własność do miejsca w teatrze. Jest twoje, ale w ramach wspólnej własności teatru. Podobnie Grecy mieli seisachtheia, generalne zniesienie długów, to była praktyczna formuła wyrównywania stanu własności. Platon chciał wprowadzać limity własności, a Arystoteles w optymalnym ustroju chciał stosunkową równość majątkową obywateli.
Wreszcie pojawili się chrześcijanie. Nie mając teorii własności, ale oferując pogardę dla żądzy zdobywania dóbr i pochwałę dobroczynności. Interesował ich użytek z rzeczy, własność była ich zdaniem czymś niepochodzącym od Boga, nieświętym. Wszystko dawniej było wspólne, a potem ludzie zaczęli zawłaszczać dobra i wytworzyli prawo własności, czasową dla Ojców Kościoła instytucję życia doczesnego.
Według Akwinaty własność ma być prywatna w posiadaniu, społeczna w użytkowaniu. Uważał, że własność prywatna co prawda nie wywodzi się z prawa naturalnego, ale jest wnioskiem z zasady. Było to zerwanie z dogmatem.
W społecznym nauczaniu Kościoła Katolickiego własność to nie tylko prawo, ale i funkcja społeczna. Dziś zaś ludziom wydaje się, że prawo własności to prawo człowieka. 
I rozumie się je w dość absurdalny sposób. Można posiadać ziemię, ale nie powietrze. Nie można posiadać powietrza, ale można je zanieczyszczać. Nie można posiadać powietrza, ale można handlować emisjami tlenku węgla (IV). Można sprzedawać wodę, ale nie ocean, choć można go też zanieczyścić. 
Jeszcze ciekawiej się robi, gdy ktoś próbuje się dowiedzieć, co właściwie posiada. Czy jeśli mam kawałek metalu, to posiadam też gaz elektronowy? A jeśli przepuszczę przez niego prąd, czy nadal posiadam te same elektrony? 

Religia własności

Ekonomia brała określenia z innych nauk, zawsze z najważniejszej nauki. Teraz jest matematyczna, bo nic ważniejszego niż ta nauka formalna nie znamy. Kiedyś brała określenia z medycyny, stąd są (krwio)obiegi i inne cyrkulacje. Jeszcze wcześniej najważniejsza była teologia.
I stąd niewidzialna ręka rynku i święte prawo własności.
Podobnie jak pojęcia z religii instytucjonalnej, do której nawiązują, mają określoną funkcję. Mają trzymać nas w ryzach. Byśmy nie wystąpili przeciwko własności, która jest święta, byśmy nie bardzo chcieli regulować rynek, bo przecież niewidzialna ręka rynku wszystko zrobi.
Nie da się ich obalić. Przecież jedno jest niewidzialne i nieobserwowalne. Drugie zaś jest święte! Nie da się dowieść, że coś jest nieświęte. Można się z tym tylko nie zgodzić. A to jest świętokradztwo.
Nie zgadzam się. Nie ma nic świętego w niezrozumiałej umowie między ludźmi, którą szanujemy tylko póki państwo tego pilnuje.

~Kruk

Źródła:
  • Doktryny polityczno-prawne: Fundamenty współczesnych państw, Hubert Izdebski;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz